4 sierpnia 1944 roku w powstaniu warszawskim zginął, mając zaledwie 23 lata, poeta, żołnierz Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów - KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI. Poległ na posterunku w pałacu Blanka, śmiertelnie raniony przez strzelca wyborowego ulokowanego prawdopodobnie w gmachu Teatru Wielkiego. 1 września zginęła także żona Baczyńskiego – Barbara Drapczyńska.
Prezentując kilka wierszy, w tym przepiękne strofy dla ukochanej Basi, gorąco zachęcamy do bliższego poznania twórczości i losów przedstawiciela tragicznego pokolenia Kolumbów.
KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI WE WSPOMNIENIACH ANNY SZANECKIEJ
O historii znajomości patronki naszej Biblioteki z poetą możecie przeczytać m.in. w artykułach: „Baczyński, rodzice i pewna piosenka” (Śląsk, 2002, nr 11), „Wspomnienia i anegdoty” (Siemianowicki Rocznik Muzealny, 2007, nr 6) oraz w książce Bogumiły Hrapkowicz „Honorowi Obywatele Miasta Siemianowice Śląskie”.
Pani Anna chętnie opowiadała o okolicznościach poznania poety, dzieliła się refleksjami na temat niezwykle wrażliwego Krzysztofa i jego poezji. Ciepło wspominała wspólne wakacje nad Lemanem w Onex koło Genewy oraz późniejsze spotkanie w Zakopanem. Spędzanie czasu na nartach, a przede wszystkim wzruszające wieczory, na których młody (16 l.) Baczyński pięknie recytował Tuwima oraz swoje utwory.
Wspomnienia pani Anny znalazły się też w książkach Wiesława Budzyńskiego: „Taniec z Baczyńskim” oraz „Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila”.
………………………………………………………………………………………………………
RODZICOM
A otóż i macie wszystko.
Byłem jak lipy szelest,
na imię mi było Krzysztof,
i jeszcze ciało — to tak niewiele.
I po kolana brodząc w blasku
ja miałem jak święty przenosić Pana
przez rzekę zwierząt, ludzi, piasku,
w ziemi brnąc po kolana.
Po co imię takie dziecinie?
Po co, matko, taki skrzydeł pokrój?
Taka walka, ojcze, po co — takiej winie?
Od łez ziemi krwawo mi, mokro.
Myślałaś, matko: «On uniesie,
on nazwie, co boli, wytłumaczy,
podźwignie, co upadło we mnie, kwiecie
— mówiłaś — rozkwitaj ogniem znaczeń»
Ojcze, na wojnie twardo.
Mówiłeś pragnąc, za ziemię cierpiąc:
«Nie poznasz człowieczej pogardy,
udźwigniesz sławę ciężką».
I po cóż wiara taka dziecinie,
po cóż dziedzictwo jak płomieni dom?
Zanim dwadzieścia lat minie,
umrze mu życie w złocieniach rąk.
A po cóż myśl taka jak sosna,
za wysoko głowica, kiedy pień tną.
A droga jakże tak prosta,
gdy serce niezdarne — proch.
Nie umiem, matko, nazwać, nazbyt boli,
nazbyt mocno śmierć uderza zewsząd.
Miłość, matko — już nie wiem, czy jest.
Nozdrza rozdęte z daleka Boga wietrzą.
Miłość — cóż zrodzi — nienawiść, struny łez.
Ojcze, broń dźwigam pod kurtką,
po nocach ciemno — walczę, wiary więdną.
Ojcze — jak tobie — prócz wolności może i dzieło,
może i wszystko jedno.
Dzień czy noc — matko, ojcze — jeszcze ustoję
w trzaskawicach palb, ja, żołnierz, poeta, czasu kurz.
Pójdę dalej — to od was mam: śmierci się nie boję,
dalej niosąc naręcza pragnień jak spalonych róż.
30. VII. 43 r.